To miał być mój drugi koncert Rammstein i trzeci Combichrist. Do Katowic przyjechałam dzień wcześniej, aby na spokojnie iść się wyszaleć, a nie prosto z pociągu po ośmiu godzinach jazdy zdyszana dogorywać cały wieczór. Jak wygląda Spodek w Katowicach wszyscy wiedzą, tylko, że w środku przeprowadzono remont i go unowocześniono. Najważniejszą rzeczą jest chyba klimatyzacja, co przy tańcach, hulankach i swawolach na płycie okazuje się zbawienne (szczególnie im dłuższa impreza). W dzień koncertu dotarłam pod Spodek ok. 17:30, gdzie z szerokim gronem znajomych zaczęliśmy się ustawiać do kolejki przy wejściu nr 2 (wybór tej bramki podyktowała informacja, że Vania i Colabor z Erykiem gdzieś tam byli). Po dantejskich scenach z 2005r., kiedy to ludzie mdleli i prawie łamali żebra przy otwarciu bram, wejście w ten ciepły, piątkowy wieczór było niemal przyjemnością. Kolejka stała spokojnie, a po 18:00 ruszyła na tyle, że o powtórce niczym z obrazu Matejki "Bitwa pod Grunwaldem" nie było mowy. Niestety wraz ze wzrostem standardu obsługi klienta wzrosła również cena za szatnię – 7 zł za możliwość powieszenia rzeczy na wieszaku. No trudno. Ruszyłam na płytę – i tu niespodzianka, ilość miejsca pod sceną wydała mi się strasznie mała. Okazało się, że to jedynie złudzenie, bo w trakcie koncertu wszyscy się tam spokojnie pomieścili. Rozpoczęło się czekanie czyli rozmowy ze znajomymi i nieznajomymi, przytupywanie z nogi na nogę, niektórzy usiedli, stojąca reszta się wierciła, a i sektory zaczęły się powoli wypełniać widzami. I tak do 19:45, gdyż o tej godzinie nagle zgasło światło i już było wiadomo, że za chwilę zacznie się występ Combichrist. Zespół zagrał w składzie: Andy LaPlegua – wokal, Joe Letz – bębny, z_marr – keyboard i wokal oraz Trevor Friedrich – perkusja. Od pierwszej chwili scena kipiała energią, do tego chłopaki demonicznie się umalowali i choć show trwało dość krótko to zostali ciepło przyjęci. Osobiście obawiałam się reakcji publiczności, która nastawiając się na główną gwiazdę mogła surowo przyjąć support, a nie ukrywam, że bardzo lubię Combiaków i czekałam na ich występ. Okazało się to niepotrzebne – ludzie się bawili, a i Andy zaznaczał jak to fajnie jest grać przed R+, za co oczywiście zebrał brawa.
Setlista prezentowała się następująco:
1. Intro
2. All Pain Is Gone
3. Get Your Body Beat
4. I Want Your Blood
5. F**k the S**t!
6. Blut Royale
7. Send To Destroy.
Na pierwszy rzut oka widać, że zabrakło żelaznego punktu każdej imprezy czyli "This shit will fuck you up", ale widocznie taki mieli plan. Grali nieco ponad pół godziny i po ich występie rozpoczęły się ostatnie przygotowania do wejścia Rammstein. Krótko przed 21:00 niespodziewanie na scenie pojawiło się pięciu czy sześciu strażaków, którzy chyba pierwszy raz w życiu przeżywali takie zainteresowanie własnymi osobami, nagrodzone oczywiście gromkimi brawami. Dało się już wyczuć tężejącą atmosferę i na płycie robiło się coraz ciaśniej, szczególnie przy barierkach. Po czym zgasło światło... i zaczęło się. Długie intro, podczas którego po kolei zaczęli pojawiać się członkowie Rammstein wywołało entuzjazm i Spodek ruszył śpiewać z zespołem „Rammlied”. W tym momencie zaczęła być już widoczna scenografia oraz stroje muzyków. Na mnie największe wrażenie zrobiło "stanowisko" Flake – to trzeba było po prostu ujrzeć. Jego keyboardy były ustawione pomiędzy pozakręcanymi rurami, z dwoma światłami na wierzchołku każdej rury, do tego strój: skórzana czapka – pilotka, skórzany płaszcz, skórzane spodnie, wszystko dopięte na ostatni guzik, tak że widać było jedynie białą twarz z okularami w czarnych oprawkach na nosie. Till za to miał wmontowaną w ustach żarówę, więc jak śpiewał to z ust widać było światełko. Stałam naprzeciw Richarda (gitarzysty) jakieś pięć czy sześć rzędów od barierek; miał kapitalne czarne spodnie z trzema klamrami na prawej nogawce, do tego na obu rękach czerwone opaski i przylizane włoski (co jest istotną zmianą do jego przedtem nażelowanej i nastroszonej fryzury). Niestety nie widziałam zbyt dobrze lewej strony sceny i nie mogłam podziwiać nowych tatuaży Paula (również gitarzysta), ani jak zwykle ascetycznego Olliego (basista). Setlista prezentowała się następująco:
1. Rammlied
2. Bückstabü
3. Waidmanns Heil
4. Keine Lust
5. Weisses Fleisch
6. Feuer Frei!
7. Wiener Blut
8. Fruhling in Paris
9. Ich Tu Dir Weh
10. Liebe Ist Fur Alle Da
11. Benzin
12. Links 2-3-4
13. Du hast
14. Pussy
15. Sonne
16. Haifisch
17. Ich Will
18. Engel
Niestety, aby dokładnie oddać atmosferę koncertu trzeba tam było być w środku. Do każdej piosenki zostały perfekcyjnie przygotowane efekty świetlne, zapewne zużyto ciężarówkę środków pirotechnicznych, jak również nie zabrakło standardowych popisów z ogniem. Co chwilę coś wybuchało, paliło się – cały czas w rytmie fantastycznej ferii świateł. Dodatkowym akcentem były np. spadające spod sufitu lalki z laserowym oczkiem na "Wiener Blut", czy Till masakrujący Flake, a później miotający na niego iskrami ze specjalnego podwyższenia na "Ich tut dir weh", czy też różowa armatka na "Pussy", która miała symbolizować penisa, niestety w najważniejszym momencie coś się musiało zepsuć bo wystrzał piany był zdecydowanie niezadowalający każdą ze stron. Ze starych i dobrze znanych numerów pojawiły się "Flake dance" czyli indywidualny układ choreograficzny keyboardzisty na "Weisses fleisch", miotacze ognia na twarzach podczas "Feuer Frei!", czy też pływanie w pontonie na "Haifisch". Z początkiem "Fruehling in Paris" cały Spodek (no, powiedzmy 3/4) uniósł do góry białe kartki formatu A4 z napisem POLSKA, LIEBE IST FUER ALLE DA RAMMSTEIN oraz charakterystycznym serduszkiem znanym z okładki płyty. Była to inicjatywna Fan Clubu Feuerrader, którą – moim zdaniem – można uznać za całkiem udaną. W każdym razie zespół ze sceny na pewno to zauważył. Koncert razem z bisami trwał około godziny i 45 minut, a zakończony został kapitalnym wykonaniem hitu "Engel", gdzie wokalista Till miał przytwierdzone do ramion imponującej wielkości skrzydła. Po wszystkim chłopaki zeskoczyli ze sceny przybić piątki pierwszym rzędom przy barierkach i... schluss, zniknęli.
Kto miał szczęście to po koncercie mógł załapać się na aftershow z zespołem; nie trzeba było być piersiastą niewiastą z długimi włosami i zgrabnymi nogami, aby tam trafić. Reszta mogła wybierać w kilku afterparties, które zostały zorganizowane w katowickich klubach.
Po reakcji publiczności można stwierdzić, że lepiej wypadł repertuar znany z poprzednich płyt i niż piosenki z najnowszego dzieła, jednakże jestem zaskoczona poziomem jaki ten zespół zaprezentował – profesjonalizm powala, dopracowanie wszystkiego na scenie jest imponujące. Nie sprawiają również wrażenia, jakby grali tę trasę na siłę. Koncert bardzo mi się podobał, choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem ani trochę obiektywna. Publika szalała, jak przystało na długo wyczekiwaną imprezę, zastanawiało mnie jednak, co na płycie robiły osoby odziane w swetry, kurtki, a nawet obwiązane szalikami, ale to oni musieli się w tym męczyć, a nie ja. Zaobserwować można też było całe pokolenia przybyłe na ten koncert na płytę właśnie, co wskazuje, że atmosfera tamże jest luźniejsza niż kiedyś. Z drugiej strony coraz więcej ludzi usilnie stara się kręcić stamtąd filmiki i robić zdjęcia komórkami, które i tak wyjdą fatalnie. Moja cierpliwość dla tych osobników wyczerpała się na bisach, gdzie jednemu po prostu przestawiłam rękę, bo zasłaniał aparatem widok na scenę, a pstrykał zdjęcia jak popadło. Dało się również zauważyć kilka kamer na sektorach i jeśli ktoś jest zainteresowany naprawdę dobrymi jakościowo nagraniami (np. dobra jakość dźwięku) to polecam w serwisie youtube wyszukać dzieła osób o nickach „zabcia74” oraz „RammcioMaster”.
Po tym koncercie można stwierdzić tylko jedno – do zobaczenia w Łodzi 12.03.2010r. |