| Film pozornie wygląda ciekawie: jest to paradokument o pewnej pani psycholog prowadzącej działalność w leżącym na Alasce miasteczku, wychowującej dwoje dzieci. Stara się poradzić sobie ze śmiercią męża, której była świadkiem, i której sprawca – jak twierdzi – nigdy nie został złapany. Tymczasem odkrywa ona, że około trzystu mieszkańców cierpi na tą samą nerwicę: budzą się w nocy, są spanikowani i wydaje im się, że są obserwowani. Każde z nich twierdzi, że widzi koło domu jakąś dziwną sowę. Poddani hipnozie, wpadają w panikę, widziana przez nich sowa zamienia się w coś nieznanego, na dodatek mówią niezrozumiałym językiem. Zaglądając do notatek zmarłego męża odkrywa, że również on badał te przypadki i zaczął wierzyć, że ludzie z miasteczka są porywani przez przybyszów z kosmosu. Na dodatek zupełnie przypadkiem dowiaduje się, że ona również może być ofiarą uprowadzeń.
Wygląda nieźle, prawda? Mamy tu trochę „Z Archiwum X”, „Egzorcyzmów Emily Rose” podanych w formie „Blair Witch Project” Wygląda nieźle, ale w praktyce pomysł został skutecznie spalony. Dalsza część tekstu, to opis, co mogłoby być i co było.
Film jest wykonany w formie paradokumentu. Część scen to czarno-białe „nagrania” dokonane przez „prawdziwą” lekarkę. Milla Jovovich, grająca rolę pani psycholog, występuje tylko w momentach, których nie udało się utrwalić na taśmach. Jednak przemieszanie tych zdjęć sprawia, że film ani nie jest wiarygodny jako paradokument, ani nie wygląda na udaną inscenizację prawdziwych wydarzeń, jak np. „Egzorcyzmy Emily Rose”. Na dodatek nadaje to wrażenia chaosu i tak naprawdę zacząłem zastanawiać się, czy sam reżyser wiedział do końca, co chce nakręcić: pseudodokumentalny horror, czy film „bazujący na faktach”. Człowiek ma nadzieję, że na „dokumentalnych taśmach” ukazane zostaną wstrząsające materiały. Jednak – jak w „Archiwum X” – kamery siadają, gdy obcy są obok. Rezultat – banalne nagrania, z których nic nie wynika i które nie straszą. Pojawienie się nieznanego języka i próba jego rozszyfrowania mogłaby oznaczać próbę nawiązania kontaktu, jak w „Bliskich spotkaniach III stopnia”. Zamiast tego – historia sprowadza się do wynurzeń a’la Erich von Daniken: wiarygodność historii momentalnie upada i już nic nie jest w stanie tego naprawić, nawet późniejsze udziwnienia fabuły. Od siebie dodam, że Milla Jovovich jako bezbronna ofiara bezlitosnych obcych jest zupełnie niewiarygodna. Tyle razy skopała tyłki zombiakom w „Resident Evil”, że w tej roli wypada co najmniej dziwnie. Na koniec wspomnę o tym, że pierwsze pół godziny ciągnie się strasznie, co potęguje zawód wywołany faktem, że człowiek czeka na te mrożące krew w żyłach sceny, a tych nie ma i nie ma… Jedyne, co mogło przestraszyć, to naprawdę sugestywne ujęcia wspomnianej sowy. Zaczynam rozumieć ludzi cierpiących na anatidaefobię; ptaki naprawdę są niepokojące, jak patrzą na nas tymi wielkimi oczami.
Ostatecznie wyszedłem z kina zawiedziony. Spodziewałem się, nawet sądząc po trailerze, że po filmie czeka mnie kilka nieprzespanych nocy, a tu trochę śmiechu, trochę rozmów na temat fantazji Danikena i po wszystkim. Nawet przestałem patrzeć w niebo z pytaniem „czy ktoś mnie obserwuje”, tylko doszedłem do wniosku, że to chyba nie przypadek, że większość obserwacji UFO dokonuje się w godzinach, kiedy zamykane są bary.
Ocena ogólna: 5/10, z czego dwa punkty za sowę. Poczekajcie, niedługo film będzie w telewizji, a na kino naprawdę szkoda kasy. Poczekajcie na „Resident Evil 4”, tam Milla znów będzie sobą, oraz na „Predators”, gdzie obcy będą mieli jasno określone zamiary.
„Czwarty stopień”, USA 2009, scenariusz i reżyseria – Olatunde Osunsanmi

|