|
Film nie ma „typowego” wstępu – od razu mamy akcję: pierwszy obraz to spadający z nieba (dosłownie), uzbrojony człowiek, który ma na sobie spadochron. Po wylądowaniu spotyka jeszcze kilka osób – żołnierzy, najemników, gangsterów, a także lekarza - najwyraźniej przez pomyłkę porwany i nieuzbrojony, choć okazuje się przydatny. Prawie każde z nich chwilę wcześniej było gdzieś na placu boju i nagle obudzili się w powietrzu. Nie wiedzą, co się stało i gdzie się znaleźli. Chcą się zorientować i wrócić do siebie, ale szybko okazuje się, że nie będzie to proste: miejscem ich pobytu nie jest bowiem Ziemia, a w dodatku coś na nich poluje – w dodatku łowca nie jest sam.
Pierwszą część filmu mogę uznać za najlepszy obraz z filmów z kosmicznym łowcą głów w roli głównej. Wreszcie walka jest w miarę wyrównana, bohaterowie ludzcy prezentują różne narody i sposoby walki, z których co poniektóre prezentują się niezwykle efektownie (walka na miecze z Predatorem to dopiero coś!). Żeby nie było ludziom za dobrze, mamy tutaj konflikty charakterów, które sprawiają, że ludzie muszą walczyć nie tylko z obcymi istotami (nie tylko z Predatorami!), ale też muszą pokonać własne słabości, a przede wszystkim nieufność. Sami bohaterowie, z dwoma wyjątkami, nie są „zabijakami”, ale osobami o dość interesujących sposobach bycia (tutaj ukłon w stronę bohatera granego przez Laurence’a Fishburn’a). Z filmu można też dowiedzieć się trochę więcej o kulturze Predatorów, również o tym, że ci, co wcześniej byli na Ziemi, wcale nie są tacy najniebezpieczniejsi – oto bowiem ukazana jest druga, większa, silniejsza i bardziej agresywna ich rasa. Są również inne istoty (takie zwierzątka domowe Predatorów), które wyszły naprawdę nieźle; jeśli komuś podobała się charakteryzacja bestii w filmie „Braterstwo wilków”, powinien być zadowolony.
Z drugiej strony film ma parę mankamentów, które mocno zaniżają ocenę. Pierwsza rzecz: jakimś cudem na obcej planecie rosną dokładnie te same rośliny, co na Ziemi. Dziwne, że fauna nie jest identyczna… Druga rzecz: bohaterowie w trakcie swojej trwającej dwa dni wędrówki, pokonują – sadząc po roślinności – kilka stref klimatycznych (muszą mieć niezła parę w nogach, no ale w końcu żołnierze…). Trzecia – to fakt, że z tego, czego się dowiadujemy, znika znany dotąd obraz Predatorów jako wojowników polujących na godne siebie ofiary, a pojawia się obraz istot równie podzielonych, co ludzie. Niefajnie… Największa natomiast z mojego punktu widzenia wada filmu to fakt, że ci bardziej oryginalni bohaterowie giną, a przezywają ci, którzy nie wzbudzają sympatii, sa skrajnymi egoistami i traktują towarzyszy niedoli jako zło konieczne. Oczywiście, to moje zdanie, ale nie jestem w tej opinii odosobniony, sądząc po reakcjach widzów. Nie ukrywam, że było mi wręcz żal, że Predator musi na końcu walczyć nie z godnym przeciwnikiem (jak we wspomnianej walce na miecze), ale z "jakimś tam zabijaką". Wspomnieć też muszę o tym, że finałowa walka jest wyraźnie wzorowana na pierwszym „Predatorze”, a różni się tylko brakiem atmosfery i większą ilością krwi. W ogóle ostatnie pół godziny to niewiele nastroju znanego z pierwszej części – osaczenia i leku przed nieznanym prześladowcą. Jest krwawa jatka i nic poza tym - wzorowanie się na pierwszej części, ale bez klimatu. Coś jak "Fields of the Nephilim" w wersji karaoke.
Ogólnie film oceniam 6/10. Gdyby nie ostatnie pół godziny, to dostałby 8/10. Film bardzo dobry jako rozrywka po ciężkim dniu pracy i poprawę humoru. Mam wrażenie, że twórcy filmu chcieli stworzyć "lepszą" wersję pierwszego Predka, ale efektami przysłonili brak tego CZEGOŚ, to sprawiło, że "Predator" wybił się z całej masy filmów o potworach z kosmosu i stał się hitem. Ale mam chociaż nadzieję, że, jak sugeruje końcówka, powstanie kolejna część i ocaleni z tego filmu skończą jako trofea. Zawsze to jakies pocieszenie.
Predators, USA 2010, reżyseria Nemrod Antal

|