Posłuchaj przedpremierowo całej płyty zespołu
|
NAJNOWSZE
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE
OSTATNIE KOMENTARZE
|
|
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.
|
|
|
Brendan Perry vs upał - 1:0 |
|
Nie spodziewałem się że ten rok będzie dla mnie tak istotny na niwie spełniania marzeń, wydawało się - niespełnialnych. W styczniu widziałem na żywo Fields of the Nephilim, zobaczę ich w tym roku raz jeszcze, tym razem w towarzystwie Laibacha. Mamy połowę 2010, a za mną mnóstwo rewelacyjnej, świerzej muzyki, i pewność że w drugiej połowie nic sie pod tym względem nie zmieni - bo doskonały dźwięk pojawia się codziennie. W tym rogu obfitości wieść o pojawieniu się w Polsce, ba, w moim rodzinnym mieście, Poznaniu, samego Brendana Perryego spowodowała że na jakis czas tort obfitości uzyskał swoją wisienkę. Artysta promuje w tej trasie swój album Ark, album który ociera się o geniusz i który w każdym dźwięku puka do bram nieba, ciągnąc słuchacza za sobą... Nie można było zlekceważyc tego koncertu. Dla fana Dead Can Dance stawienie się na przepięknym dziedzińcu zamkowym w Poznaniu, 16 lipca wieczorem było, w moim odczuciu, priorytetem. Dla mnie, gościa zaczarowanego przez muzykę DCD, tkwiącego w niej od ponad 20 lat, imperatyw ten był nie do przezwyciężenia.
Z niemałym drżeniem pojawiłem się w strefie zero około godziny 20.30, trafiając w sam środek piekielnego upału, skoncentrowanego w niewielkiej studni, jaką tworzy zamkowy dziedziniec. Wnętrze jest przepiękne, oprawa wizualna tego wydarzenia uzyskała tym samym jak najwłaściwszy wymiar. Okazało się także że przemyślne chowanie aparatu fotograficznego było pozbawione sensu, albowiem nikt na wejściu nie był rewidowany, panowała pełna dowolność co do wnoszenia środków masowego rejestrowania :) Atmosfera piknikowa, jaka panowała na dziedzińcu jest wprost nie do przecenienia. Uśmiechnięci barmani serwowali zimne napoje, porozstawiane z rzadka stoliki obsadzone były przez namiętnych palaczy w wieku co najmniej średnim. Przeciętna wieku uczestników eventu była na tyle przyjemna, że był to jeden z niewielu wypadków kiedy nie jest się najstarszym na sali :) Pod sceną ludzie mościli się na małych ławeczkach, wąski jęzor bruku pomiędzy nimi zwolna sie wypełniał ciżbą, panował spory gwar i ożywienie - co dziwiło przy zbójeckich temperaturach panujących tego wieczoru. Pod murami dziedzińca ludzi popijali wino, klimat przypominał nieco mieszaninę balu u ambasadora z grillem i pokazem dekadenckiej mody :) Z głośników na przygotowanej scenie sączyła sie dubstepowa muzyczka, minimalne dźwięki nie do końca dobrane do charakteru spotkania, ale co tam, to tylko wypełniacz. Tym niemniej, przez chwilę sie zastanawiałem czy organizatorzy celem zintensyfikowania nastroju nie rozpoczna rozdawania darmowych działek zioła, wierzcie mi, pasowało by to jak ulał do atmosfery. Ustawiłem się pod murem, plecami do jakichś niepozornych drzwi, relatywnie blisko sceny i czekałem. Uzbroiłem się w piwo i wodę pitną, niegazowaną. Piwo rozlałem od razu (a co tam, poszło na obiatę bóstwom muzyki) wody na szczęście nie, bo była zabutelkowana. Kilka minut po godzinie 21 tajemnicze odrzwia za mna uchyliły się i zostałem przesunięty za pomocą jednego palca o jakiś metr od wejścia. Odwróciłem się i zobaczyłem nad soba skrzyżowanie Mario Pudziana i Lundgrena, który to twór swoim palcem właśnie mnie był tykał w celu zrobienia drogi Mistrzowi Perry`emu wraz ze swoim bandem. Twór ów miał sporo szczęścia, że miałem dobry dzień, inaczej bym z nim pogadał :D Spojrzałem na Perryego z ogromnym wzruszeniem. Zobaczyłem starszego, łysego faceta z brodą, człowieka kompletnie bezpretensjonalnego, takiego z jakim można pójść na piwo, pogadać, pośmiac się czy utopic smutki w wódce.
Owacyjnie witany zespół zamontowal się na scenie w ciągu dosłownie kilku minut. I zaczęło się. Pierwsze dźwięki In Power We Entrust zatkały mnie. Spodziewałem się mocnego otwarcia, ale, na miłość boską, tak sie nie robi ! To trzeba najpierw ostrzec publikę że zaraz będzie coś o sile rażenia bomby atomowej, a nie tak..z zaskoczenia..osoby o słabszej konstrukcji moga to przypłacić zawałem. Kto zna ten utwór wie o czym mówię :) Na żywo wokal Perryego jest nieco wyższy niż ten, jaki znamy z płyt. Tym niemniej sposób prowadzenia, ekspresja, emocja w nim zawarta jest bez porównania silniejsza. To po prostu słychać, kiedy artysta kompletnie identyfikuje się z przekazem jaki tworzy. Kompletne skupienie, cały koncert sprawial wrażenie jakby zespół byl sam na scenie, bez publiczności. Perry dziękował krótko po każdym utworze (po polsku), krótko porozumiewał się z resztą bandu ustalając kolejne utwory. Materiał dobrany został tak, abyśmy mieli przekrój przez całość dokonań Brendana - od jego utworów z DCD, poprzez karierę solową aż do Ark. Zabrzmiały takie rzeczy jak Carnival is Over, wykonane poprawnie, ale bez szału, mocno przearanżowane i nieco przyspieszone. Miażdżąco wypadło Fatal Impact (autentycznie prawie mi, wybaczcie określenie, gacie spadły), miałem wrażenie że na scenie gości załoga Joy Division (serio!) Kapitalnie zabrzmiało Song to the Siren z repertuaru This Mortal Coil, śpiewane pierwotnie przez Elizabeth Fraser. Brendan podołał tej wokalnie trudnej piosence bez wysiłku. Z Ark usłyszeliśmy tylko trzy utwory, ale za to te najważniejsze - This Boy zbudował nastrój....podniosły. Ale idący po nim Wintersun wzniósł ludzi w prost do nieba. Niewiarygodne wykonanie najdoskonalszego fragmentu Ark, na żywo brzmi jeszcze bardziej prawdziwie, jeszcze mocniej szarpie serce, jeszcze silniej budzi tęsknotę i smutek. To była kulminacja wieczoru, owacje długo nie milkły po tym wykonaniu. Chwila w niebie, moment kiedy świat naprawdę przestaje istnieć, znika za progiem wraz z rozumem i racjonalizmem - zostaje w tobie czysta emocja, szarpana i niesiona do góry przez impuls o potężnej sile ! Z Ark usłyszeliśmy jeszcze Utopię. Widac było że band Perryego najlepiej radzi sobie z wykonaniami tych utworów. Rearanże bogatych brzmieniowo kawałków DCD wykonano uczciwie, ale bez sensacji. Zespół składał się z perkusisty, dwóch gitarzystów i klawiszowca - na scenie było za mało laptopów aby oddać ornamentykę utworów z repertuaru DCD, a Brendan nie przywiózł ze sobą orkiestry... Po niemal półtorej godzinie koncert się zakończył...ale oczywiście publiczność zdołała wywołać artystów z powrotem. Zagrany na bis Severance byl jak najbardziej godnym akcentem kończącym to wydarzenie. Koncert zakończył się w kompletnym mroku, piękne oświetlenie sceny, bardzo ciepłe i pozbawione elementów błyskowo-hukowo-dymowych wspaniale pasowało do atmosfery wydarzenia. Wszystko było na swoim miejscu. Całość wrażeń duchowych, dźwiękowych i wizualnych spasowane były ze sobą w wyjątkowo spójny sposób. Byłem świadkiem koncertu jednego z najważniejszych artystów mojego życia. I jestem zadowolony, choc spodziewałem się w sobie biblijnych wręcz odniesień. Nie doszło do nich, bowiem Perry...poukładał setlistę w taki sposób że pomieszano rzeczy mocne, emocjonalne killery z dośc miałkimi utworami jakie pojawiły się w jego twórczości pomiędzy rozstaniem z DCD a wydaniem Ark. I tylko tego żałuję. Reszty ani trochę - jestem bogatszy o Wintersun i zbijające z nóg In Power We Entrust jakie miałem zaszczyt wysłuchać stojąc zaledwie kilka metrów od Mistrza które te dzieła stworzył i zaśpiewał. Dla mnie i innych, równie wzruszonych i równie stęsknionych za doznaniem czegoś absolutnego. Jezeli Perry kiedykolwiek przyjedzie do Waszego miasta - nie żałujcie czasu i pieniędzy, zobaczycie coś wspaniałego - zaręczam !
(autorką fotografii jest Inte, zdjęcia uzyte za jej zgodą)
|
 |
dnia lipiec 23 2010 22:59:18
Zaiste, było godnie. Nie byłabym w stanie opisać tego koncertu lepiej, ani nawet w połowie tak dobrze.
A ziela co prawda nie rozdano, ale i tak nie byłoby potrzebne ;) |
 |
dnia lipiec 24 2010 08:32:42
Jeśli kiedyś B. Perry zawita do Trójmiasta, to na pewno pójdę (takie sobie marzenie ściętej głowy) :) Albo chociaż w Poznaniu, ale w sobotę :)
zobaczyłem nad soba skrzyżowanie Mario Pudziana i Lundgrena, (...) Twór ów miał sporo szczęścia, że miałem dobry dzień, inaczej bym z nim pogadał :D
Hmmm, chciałbym zobaczyć to pogadanie, mogłoby być lepsze od koncertu :) |
 |
dnia lipiec 25 2010 16:13:51
Gdyby w czasach kiedy intensywniej słuchałam DCD ktoś mi powiedział, że kiedyś będę uczestniczyła w takim koncercie…a jednak, niespodziewanie, stało się.
Może zbyt wiele oczekuję od takich wydarzeń, od muzyki, że po samym koncercie miałam lekki niedosyt, że nie otworzyły się niebiosa…ale, przecież spełniło się kolejne z mych niewypowiedzianych koncertowych marzeń. Był Koncert. Był mój Carnival is over i to tak jak trzeba, pod rozgrzanym niebem. I Wintersun; to był ten magiczny moment, kiedy nie ma zespołu na scenie, nie ma sceny, nie ma nic, tylko Muzyka. |
|
|
|
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
|
|
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.
Brak ocen. Może czas dodać swoją?
|
|
|
| Po |
Wt |
Śr |
Cz |
Pi |
So |
Ni |
| |
|
1 |
2 |
3 |
4 |
5 |
| 6 |
7 |
8 |
9 |
10 |
11 |
12 |
| 13 |
14 |
15 |
16 |
17 |
18 |
19 |
| 20 |
21 |
22 |
23 |
24 |
25 |
26 |
| 27 |
28 |
29 |
30 |
|
|
|
|
|