Przyjechałem ok. g. 13:00. Zero bannerów, informacji gdzie się odbywa festiwal. Jedynym znakiem że może coś się dzieje, było napotkanych czterech gothów. Generalnie na początku spora obsuwa, już na starcie dwie godziny opóźnienia. I tu docieramy do jednego wielkiego mankamentu tego festiwalu: organizacja. Reklamy – zero, jakiekolwiek drogowskazy pojawiły się już po planowym rozpoczęciu festiwalu (!). Co za tym idzie – frekwencja słabiutka. Poza tym, pole namiotowe ponad pół godziny piechotą od twierdzy – dość uciążliwa sprawa. No i te opóźnienia – pierwszego dnia ostatni zespół zagrał o 3 nad ranem (!). Nie da się ukryć – trochę za dużo było w tym wszystkim „partyzantki” no i czuć było, że to dopiero pierwsza edycja. Tyle o organizacji, na szczęście skład muzyczny w dużym stopniu to wynagrodził, mam nadzieję że organizatorzy z błędów wyciągną wnioski, bo szkoda by tego typu zagraniami odstraszać zespoły, które – jak na pierwszą edycję – były naprawdę niezłe. Zatem – o występach słów kilka.
PIĄTEK
Hyoscyamus Niger – występowali w pełnym słońcu jako „otwieracz” – i to było naprawdę niezłe wejście. Z paroma kawałkami możecie się zapoznać w naszym playerze, grupa zagrała o kilka więcej i w bardzo przyjemny sposób zapoznała nas z psychodeliczno – Xymoxowymi klimatami. Mimo, jak mówili, pora występu nieco nie pasowała do muzyki, to zrekompensowała to energia i charyzma Tomka (wokalisty). Naprawdę obiecujący występ, warto obserwować ten zespół w przyszłości.

Hyoscyamus Niger
Endera – trudno mi na razie pisać, czy ich granie cokolwiek „obiecuje”, bo nie jestem wielkim fanem takiego grania. Umiejętności chłopaki mają przyzwoite, w związku z czym udaje im się tworzyć w miarę przyzwoite kompozycje. Niestety, pomysły na granie na razie dość sztampowo powielają schematy znane z polskiego grania gitarowego typu Closterkeller, dodatkowo przeciętna wokalistka (zarówno mówię tu o umiejętnościach jak i „charakterze”, pazurze w jej głosie). Słuchać się tego da, więc nie przekreślam tego zespołu, ale na wyrokowanie co z niego wyjdzie – należy jeszcze poczekać. Na razie jako światełko w tunelu traktuję utwór „Outsider”, który zagrali na zakończenie, który może nie ma wymyślnego riffu, ale całkiem niezłą melodię.

Endera
Jesus Rodriguez – wbili się na scenę z buńczucznym tekstem „gramy rock and rolla” – i może nie był to rock and roll (goth’n roll?) tak przyjemny jak w wypadku pierwszego zespołu, ale była w tym energia i dobrze się tego słuchało, choć wybitnych pomysłów na swoje kompozycje nie mieli. Ale, jak mówię, było przyjemnie, nieco niechlujnie, death rockowo.
Northwail – niestety, z powodów logistycznych (wspomniana odległość pola namiotowego) musiałem sobie odpuścić.
Daimonion – spora część publiki, jak słyszałem, sporo obiecywała sobie po tym secie, ja może nie, bo nie znałem zespołu. Natomiast sądzę że reszta się nie zawiodła, a i ja byłem zadowolony. Z publiczności w pewnym momencie padło zdanie „Mc Coy jest z wami” – rzeczywiście, było w tej muzyce trochę z ducha FotN. Na szczęście Daimonion nie ogranicza się do klimatów fieldsowych, od czasu do czasu wchodzi w mniej duszne, bardziej durowe melodie i klimaty, dzięki czemu ich muzyka jest bardziej zróżnicowana, ciekawsza, nabiera bardziej własnego charakteru.
Artrosis – na początek zabawna anegdota – rozmawiam sobie z pewną uczestniczką festiwalu i wymieniamy żartobliwe uwagi. Doszło do takiej oto żartobliwej wymiany zdań. Ona zagaiła: A jutro zagra pewnie Feel. - Teraz gra Artrosis, to prawie to samo co Feel, odrzekłem, nie zauważając wypakowujących się gdzieś w pobliżu członków zespołu i słyszących ten dialog. Oczywiście – ekipa nie omieszkała w równie żartobliwy sposób odnieść się do sytuacji, zarówno Medeah między kawałkami jak i Remo, który podczas „Zatrutej” wtrącił do mikrofonu „Jest już ciemno, wszystko jedno…”. Z tego wynika jedno: nie jest tajemnicą, że z mrokiem ten zespół nie ma wiele wspólnego. Jednego im jednak nie można odmówić - widać na scenie radość grania, i że nie „odbębniają” koncertów. A jak to się przekuło na ten konkretny koncert? Lepiej niż się spodziewałem. Brzmienie było niezłe, profesjonalne; poza tym, wreszcie nie było widać wyraźnej luki między tym, co prezentuje nowy skład, a tym, co prezentował Grunt i Niedzielski. Mc Kozer i Migdał wreszcie zabrzmieli z należytym polotem, wreszcie zagrali bardziej niż „poprawnie”. Poza tym, nie przesadzali z cyrkami i nie zapraszali kogo popadnie na scenę, jak to czasem miało miejsce. Jedynym minusem była miejscami irytująca frontmanka, która ma zdecydowanie za słabe umiejętności wokalne by robić popisy wokalne, a niestety popisywać się ma Medeah w zwyczaju. Niemniej, koncert całkiem niezły, najlepszy jaki widziałem z nowym składem.
Agapesis – (opiszę w tym miejscu jednocześnie set piatkowy, jak i sobotni, bo występowali dwa razy, a występy się prawie nie różniły) Ustawiali się znowuż niemiłosiernie długo (tylko ile można stroić laptopa?), natomiast to, co zaprezentowali, przeszło najśmielsze oczekiwania publiczności. Nie, nie dlatego że był to dobry koncert. Ale dlatego, że mało kto spodziewał się takiego cyrku. Jeśli chodzi o muzykę, o ile można to tak nazwać, zespół zaprezentował prymitywną electrołupankę, z żenującym duetem wokalnym irytująco skandującej coś wokalistki oraz wokalisty z komicznym akcentem. Natomiast to co wyprawiali na scenie, to był popis żenady i groteski. Właściwie można by to było potraktować jako skecz w stylu Monty Pythona, gdyby nie to, że wszystko działo się na poważnie. To, że wokalistka obmacywała wokalistę gdy ten usiłował śpiewać, to jeszcze nic. Normalką też było wzajemne prowadzenie się na smyczy. Ponadto dwa czarne krzyżyki zamiast stanika. Szczytem wszystkiego było, gdy wokalista został rozebrany do gaci (czarnych, lateksowych), a na klacie miał napisane „I love Nysa” (następnego dnia zmienił ten napis na „I love you”). Poza tym inscenizacja biczowania Chrystusa (Chrystus w tych samych lateksowych majtkach), oraz na zakończenie popis umiejętności językowych wokalisty, który USIŁOWAŁ zaprosić publikę na sobotni wieczór, jednak nie potrafił wysłowić godziny po angielsku (z usprawiedliwieniem „maj inglisz is not weri gut bat aj hołp ju anderstend mi”). Ponadto, na sam koniec przy zwijaniu sprzętu na cały regulator (głośników zapomnieli ściszyć) puścili dźwięk wyłączania Windowsa, dzięki czemu otrzymali wielką burzę ironicznych braw. I tylko jedno pytanie: co podkusiło organizatorów by pozwolić temu koszmarkowi występować DWUKROTNIE???

Agapesis - kochają nas
The Moon and The Nightspirit – folk w Madziarskim wydaniu, zaczął się, jak już wspominałem, o CHOREJ godzinie. Na szczęście jednak ten koncert był idealnym przeciwieństwem poprzedniego – po pierwsze, były naturalne, żywe instrumenty. Po drugie, muzycy umieli na nich grać. Po trzecie, wokalistka też miała bardzo wysokie umiejętności. Po czwarte, nie robili cyrku na scenie. Zespół zagrał bardzo klimatycznego folka, z magnetycznym głosem wokalistki; ponadto, czuło się w występie radość grania. Godne zakończenie dłuuugiego wieczoru.
SOBOTA
Gorthaur – występowali jako piersi, ze względu na nieobecność Horridy. Oczywiście, z obsuwą. Nie zmienia to faktu, że dali radę. Klimatyczne, przekonujące granie, zdaje się, jeszcze bardziej w duchu FotM niż Daimonion. Różnica o tyle, że bez gitary. Ale kolejny niezły polski zespół w składzie festiwalu.
Gorthaur
Lahka muza – raczej przekonuje mnie ich rozmyte brzmienie. Muzyka jednak dość trudna w odbiorze, być może ma swoich zwolenników, bo faktem jest, że jest to granie dość charakterystyczne – i to jest plus. Dla mnie jednak koncert dość monotonny i nużący, być może wpływ miał na to fakt, że grali w okrojonym składzie.

Agapesis po raz drugi – jak wyżej.
Dominika Zamara – trudno odmówić śpiewaczce umiejętności jak i jej zespołowi; poza tym starała się urozmaicić swój występ elementami teatralnymi, różnymi wygibasami, itp., itd… Jednak nie za bardzo pasował ten set do festiwalu, było nie było, rockowego. Fakt faktem, że zaprezentowała show dość klimatyczne, ale taka scena to chyba nie miejsce dla profesjonalnej śpiewaczki operowej. Jako ciekawostka – ok. Nic więcej.
Darzamat – wszedł długowłosy Flauros i zapowiedział buńczucznie „Jesteśmy Darzamat i dla odmiany gramy metal”, zapewne nawiązując do występu poprzedniczki. Fakt faktem, że zaprezentowali show naprawdę agresywne – i jedno z najlepszych na festiwalu. Ich muzyka już naprawdę niewiele wspólnego ma z gotykiem, raczej jest to bliższe potężnemu symfonicznemu blackowi w stylu Emperor. Fakt, że w mniej agresywnej wersji, może też te dialogi charkotu i żeńskiego wokalu ( wokalistka Nera, zresztą w bardzo dobrej formie), ale też zauważalne było to, że w zespole udziela się członek Infernal War ( typowy agresywny wyziew blackowy). Jedyne, czego brakowało temu setowi, to nieco brzmienia – ewidentnie przydałaby się zespołowi druga gitara na koncerty. A tak – jak mówiłem – jeden z najlepszych punktów festiwalu, choć myślę że mimo wszystko jeszcze lepiej zaprezentowała się kolejna kapela…

Darzamat
Negura Bunget – Rumuni ustawiali się koszmarnie długo i mieli wyraźne chyba problemy by brzmieniowo ogarnąć ilość osób, które pojawiły się na scenie. Korzystali zarówno z tradycyjnego metalowego instrumentarium, jak i różnych przeszkadzajek typu flet, czy cymbały… Nie dało się ukryć, że mimo tych problemów zagrali bardzo klimatyczne show, i był to jedyny koncert gdzie miałem autentycznie ciary na plecach, z największym wskazaniem na jeden z nowych kawałków (który jeszcze nie został wydany na płycie). Minusem były wspomniane problemy ze brzmieniem – klawisze aż do przesady były „na przodzie” w związku z czym gitary nie zawsze były słyszalne tam, gdzie, o ile pamiętałem, powinny być słyszalne. Mimo to, chyba nie bez kozery grali na finał całego festu – bo dali rzeczywiście najlepszy koncert.
Po Negura Bunget wziąłem udział w afterparty, na którym do tańca przygrywała znajoma ekipa – DJ Vanessa & Colabor. Z didżejką poradzili sobie bardzo dzielnie, mimo tego, że after z powodów niezależnych musiał zostać nieco skrócony. Ale, tak czy inaczej, fani bawili się na parkiecie bardzo dobrze.
I to tyle na temat festiwalu – którego jednym dużym minusem była organizacja, która zapewne wynikła z tego, że to dopiero pierwsza edycja. Natomiast dużym plusem był – generalnie – skład. Po pierwsze, bardzo zróżnicowany; po drugie, udało się zaprosić ciekawe zagraniczne kapele, ze wskazaniem na Negura Bunget, której ostatniego albumu jestem wielkim fanem, a po koncercie mam spore oczekiwania co do następnego; po trzecie – festiwal zaprezentował kilka mało znanych, ale ciekawych polskich kapel, które pokazały, że polska scena gotycka/DI ma znacznie więcej do zaoferowania niż Artrosis i Closterkeller. Poza tym, sympatyczna atmosfera, pomimo – a może właśnie z powodu – niskiej frekwencji. Ja czekam z zaciekawieniem na kolejną edycję, mam nadzieję tylko, że partyzantka organizacyjna nie będzie odstraszająca dla zespołów, które by się tam mogły pojawić. |