27.07.2010
Przeczytałem sobie artykuł Pinheada o tym, czym jest dla niego muzyka (czy Muzyka raczej), powspominałem, jak opisywał wielokrotnie, że często ma „zapotrzebowanie” na słuchanie tego czy innego utworu; że jeden pomaga mu się uspokoić, inny go pobudza do działania… Tak mi przyszło w tym momencie do głowy, jak często ludzie dziwnie reagują na trudne czy przykre sytuacje. Czasami osobom z zewnątrz trudno jest zauważyć, że coś daną osobę gnębi.
Na przykład ja: pamięta ktoś może „regulamin portalu”, który zamieściłem w wątku „Robimy sobie dobrze”? Ludzie się zaśmiewali (miło mi, nie przeczę) i nikt pewnie nie przypuszczał, że przeżywam ogromny osobisty dramat, z którym zupełnie nie umiałem sobie poradzić. Innym razem pisałem „opowiadanie” noir pod tytułem „Pin City”. Podobało się? Powstało w czasie największej zawieruchy w historii portalu, a także w czasie, gdy ostatecznie zrywałem kontakt z rodziną (przy okazji – ja wiedziałem, kim jest tajemniczy „gość-obserwator”. Na forach nie trzeba się przedstawiać – czasami styl wypowiedzi wystarczy). Szopka noworoczna powstała w czasie, gdy dowiedziałem się paru miłych rzeczy na temat osób, które uważałem za bliskie. I tak dalej, i tak dalej…
Tak się składa, że wszelkiego typu tragedie zabijam na dwa sposoby: albo biorę plecak i idę sobie w długą, albo (jeśli pogoda jest zła lub muszę iść do pracy) biorę się za pisanie jakichś głupot korzystając z firmowego „przymykania oka” na drobne grzeszki, o ile nie wpływają na jakość pracy. Niestety, niektórzy uważają to za dowód, że bagatelizuję problem, a to zupełnie nieprawda. Po prostu pomaga mi to chociaż na chwilę oderwać się od niego i wrócić do normalnego życia. A także udowodnić sobie, że umiem coś zrobić, jak należy. To jak w „Greku Zorbie”: „Co za okropna katastrofa! Zorba, naucz mnie tańczyć!”. Może dziwny sposób, ale mnie pomaga chociaż na chwilę i to wystarczy.
Dlatego czasem nie płaczę, kiedy „wypada”. Nie umiem tak – emocje same przychodzą i odchodzą, a ja wolę poczekać na odpowiedni moment niż reagować zgodnie z potrzebą chwili i nakręcać się jeszcze bardziej. Na łzy przyjdzie czas – a na razie zróbmy tak, żeby chociaż inni mieli radochę.
PS. Dla jasności – to nie jest opis stanu obecnego. Obecnie nie mam powodów do płaczu, więc żaden nowy regulamin nie powstanie. Pretensje nie do mnie ;>
-----------------------------------------------------------------------------------
18.07.2010
Po przeczytaniu paru ostatnich sms-ów i wiadomości na PM dotarło do mnie, jak wiele się w ostatnim roku zmieniło w moim życiu.
W zeszłym roku wiedziałem, że jak będę miał urlop w miejsce A, miejsce B, miejsce C, a na Pomorzu będzie mnie mało. Dzisiaj cały urlop planuję wedle rozkładu zajęć Drugiej Połowy. Do czego to doszło - nie chce mi się jechać na wycieczkę samemu... Nie no, oczywiście do Olsztyna pojadę, bo znajomych ze studiów wypada odwiedzić, ale poza tym, gdzie ja się ruszę? Chyba tylko do Poznania na chwilę.
W zeszłym roku krótkie, weekendowe wycieczki planowałem według kalendarium imprezowego. Teraz na imprezę pójdę dopiero w ramach urlopu, i to do Poznania. Poza tym, na żadne mi się nie chce chodzić, bo szkoda mi czasu, który mogę spędzić z Druga Połową.
Mam nadzieję, że ten stan będzie trwał, trwał, trwał...
-----------------------------------------------------------------------------------
20.06.2010
Właśnie dotarło do mnie, że przed tygodniem minęła rocznica od mojej ostatniej rozmowy telefonicznej z matką. Od tamtej pory nie mam żadnego kontaktu z rodziną.
Przykro mi, że nie jest mi przykro.
Rodziny się nie wybiera, ale można wybrać, czy chce się mieć z nią do czynienia. Czasem lepiej nie mieć. Wymaga to ogromnej odwagi, wyjątkowo silnej woli wytrwania i grona zaufanych osób, na które możesz liczyć. Nie w sensie, że wszystko za Ciebie załatwią; chodzi o to, że znajdą dla Ciebie chwilę, żeby porozmawiać, wysłuchać, powiedzieć jakże ważną głupotę, że „wszystko będzie dobrze”.
Rodzina nabyta jest cenniejsza od wrodzonej. Przekonuję się o tym niemal każdego dnia.
------------------------------------------------------------------------------------
Takie sobie, krótkie wspomnienie z wczorajszego dnia.
Najpierw pochodziliśmy sobie z Panią Zimą po starówce gdańskiej. Zupełnie nie rozumiem, czemu ludzie narzekają, że w Gdańsku nie ma dokąd iść. Jest tyle ładnych miejsc… Ot, taka „Pikawa” na przykład: bardzo miła kawiarenka, spokojna muzyka w tle, w jednej ze ścian wbudowane akwarium, przemiła obsługa, która z automatu widząc mnie, daje czarną herbatę i czekoladę oraz dwie porcje szarlotki. Albo „Yesterday”, który właśnie niedawno odkryliśmy: wygodne fotele, w tle cudowna muzyka z lat 60. i 70., a na ścianach okładki płyt tych, którzy muzykę uczynili wielką. I pizza o nazwie magisterska (powinni żądać okazania dyplomu ludziom, którzy ją zamawiają), z serem pleśniowym ciągnącym się na pół kilometra…
Po odprowadzeniu Pani Zimy była Noc Muzeów. Najpierw Muzeum Marynarki Wojennej. Cóż, wystawy plenerowe lepiej się ogląda w dzień, a i zdjęcia lepsze wychodzą. Niemniej do jego odwiedzenia zachęcali ludzie z Grupy Rekonstrukcji Historycznej "101 Airborne". Można było sobie obejrzeć niektóre z broni strzeleckich używanych przez Amerykanów w II wojnie światowej, np. legendarny karabin Garand M1 i pistolet maszynowy Thompson. Przed muzeum stały też trzy oryginalne Willysy, z których jeden z nich służył jako środek transportu dla tych, którzy chcieli przekonać się, jak jeździ się pojazdem praktycznie pozbawionym zawieszenia. Tak przynajmniej czuje to osoba jadąca w środku.
Potem „Dar Pomorza”. Byłem tam nie raz, ale nocnej wizyty jakoś nie mogłem sobie odmówić. Minusie taki, że podczas zwiedzania wnętrza statku, trzeba było puścić się biegiem razem z grupą zwiedzających następujących sobie na odciski (w tej sytuacji nie ma jak glany…). Ale zawsze warto wejść na pokład, zobaczyć kabinę, którą zajmował Karol Olgierd Burchard, dotknąć dzwonu okrętowego, który „Dar” otrzymał po wygranej Operacji Żagiel w 1972 roku, kiedy to dokopał młodszym nieraz o kilkadziesiąt lat konkurentom…
A na końcu spotkałem kolegę z pracy, dzięki któremu na nowo odkryłem Kraftwerk i czekało nas Muzeum Miasta Gdyni. Ciekawe – miasto otrzymało prawa miejskie ledwie 80 lat z hakiem, a ma do zaoferowania więcej, niż Muzeum Gdańska. Nie wiem, czemu: może to skutek atmosfery? W tle można usłyszeć odgłosy „prawdziwego” miasta w okresie jego największej chwały – w latach trzydziestych, kiedy to liczące wtedy dziesięć lat miasto pod względem przeładunków pobiło Gdańsk na głowę. Można obejrzeć zdjęcia i krótkie filmy z budowy Gdyni i pierwszych okresów jej funkcjonowania, a także z okresu, kiedy Gdyni jeszcze nie było – to znaczy była, ale tylko jako wioska rybacka, otoczona kilkoma innymi podobnymi wioskami.
Najlepsze było, jak tradycja nakazuje, na koniec. Na jednym z pięter odbywały się pokazy strojów i krótkie przedstawienia aktorów z Teatru Miejskiego, których punktualnie o 23.45 zastąpili panowie Krzysztof Horn i jeszcze jeden ukrywający się pod pseudonimem Polaris. Razem zaprezentowali okołogodzinny koncert. Szkoda tylko, że koncert zgromadził stosunkowo nieliczne grono fanów. Cóż, nie wszyscy umieją docenić umiejętność tworzenia muzyki „na poczekaniu”, zabawy dźwiękami, muzyki oddziałującej nie jednostajnym rytmem, nie nadającej się absolutnie do tańca, za to działającej na emocje. Wystarczy tylko zamknąć oczy… i dać się ponieść, a muzyka resztę zrobi za Ciebie. Ach, gdzie te czasy, kiedy artyści grający muzykę elektroniczną dźwigali ze sobą parę ton sprzętu, a każdy koncert był dla nich ogromnym wysiłkiem związanym z zabawą przełącznikami, gałkami i wtyczkami… Osobiście uważam, że taka muzyka nie jest dla wszystkich. Jeśli lubicie bardziej ambitną muzykę elektroniczną typu Vangelis czy Jeana Michell Jarre’a, to ten koncert spodobałby się Wam. Jeśli nie, to do zobaczenia w remizie w sobotę.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
23.04.2010
Nowy temat o trochu rozrywki, co nie zawadzi, sprawił, że zacząłem się zastanawiać, co ja robię na portalu, jakby nie było gotyckim.
No bo tak: na liście znalazł się Bauhaus, uważany za „kanon” gotycki, który mnie zwyczajnie nudzi. Zachwalane zespoły, które ponoć „miażdżą” czy „budują klimat”, jak Dead Can Dance czy Diary of Dreams puściłbym sobie tylko wówczas, gdybym chciał popełnić samobójstwo i nie chciałbym pozwolić na to, żeby cokolwiek mnie od tego zamiaru odwiodło. W zasadzie to muzyki gitarowej prawie nie słucham. Gdyby ktoś mnie nie zapytał, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy zastanawiać się nad przesłaniem czy klimatem, jaki buduje taki czy inny zespół. Oglądając moją listę „ulubionych” na Filmwebie, wielu z Was popadłoby w przerażenie. Wszelkiego rodzaju filmy egzystencjalne omijam szerokim łukiem. Reaguję zdziwieniem, gdy ktoś mówi, że stosuję „schopenhauerowskie” chwyty, bo o Schopenhauerze wiem tylko, kim był. Nie biorę udziału w zawodach „Kto jest bardziej niewierzący i antyreligijny”. W tematach "muzycznych" prawie się nie udzielam.
Z drugiej strony… jestem chyba jedyną osobą na portalu, gotową wydać ciężko zarobione pieniądze na trzydniową wejściówkę na pokaz najgorszych filmów świata i jedyną, gotową takim dziełom wystawić wysoką ocenę. Jestem jedyną osobą, która film reklamowany jako horror, a w ogóle niestraszny, ocenia wysoko jako komedię czy obyczajówkę i jedyną, która w taniej sensacji umie dopatrzeć się wartościowego przesłania.
Czyżbym dopasował się do nazwy portalu i był prawdziwym alter-gotem? Ciekawe…
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
05.04.2010
Święta wielkanocne, jak również Bożego Narodzenia to okres, który do tej pory był dla mnie symbolem ludzkiej hipokryzji i festiwalem obłudy: kochana siostrzyczka, sympatyczny wujek, najlepsza rodzinka świata. I kij z tym, że to nieprawda: fałszywe uśmieszki muszą być, chwalenie się stanem posiadania również, włażenie z buciorami w prywatne sprawy kończące się kłótnią także.
Od roku mnie to omija. Ktoś inny na moim miejscu mógłby to uznać za tragedię: nie widzieć się z rodziną, odciąć od własnej matki... nie tym razem. Wszystko, co się stało, zaszło za zgodą obu stron zainteresowanych. Bo jak inaczej nazwać kompletne zignorowanie wyraźnych sygnałów, że dotychczasowy stan rzecz nie będzie dłużej tolerowany?
Bałem się tylko, że będę miał doła.
Niesłusznie...
Oto dokładnie w wigilię Bożego Narodzenia byłem na pierwszej od długiego czasu randce. Potem spotykanie się co drugi dzień, za każdym razem z niecierpliwością i tęsknotą, czemu to tak długo trwa... Na wiosnę kryzys, w którym mój pęd do niezależności starł się z potrzebą posiadania świadomości, że nie żyję już sam dla siebie... Aż wreszcie nadeszła Wielkanoc. Pierwsze od lat święta prawdziwie ciepłe i miłe, jak pora roku, na którą przypadają. Pierwsze, podczas których nie muszę się w pień zalewać, żeby je przetrwać, pierwsze, na nadejście których cieszyłem się, bo wiedziałem, że spędzę je w towarzystwie Osoby, na której naprawdę mi zależy. Pierwsze, które uświadomiły mi, że od tej pory te grudniowe święta już nie będą czasem długiej nocy spędzonej niby w towarzystwie - a jednak samotnie.
W Niedzielę Wielkanocną dzwony biją o wschodzie słońca. W tym roku po raz pierwszy były dla mnie symbolem naprawdę Dobrej Nowiny...
--------------------------------------------------------------------------------------------
21.03.2010
Dzisiejsza impreza uświadomiła mi, że powinienem napisać parę rzeczy, które pisałem dotąd zbyt rzadko, jeśli w ogóle.
Na co dzień człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, ile znaczą ludzie, których poznaje ot, tak sobie, przypadkiem, a to na imprezach, a to na forum, których potem poznaje na żywo, których stopniowo poznaje coraz lepiej, a w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że stają się dla niego czymś więcej niż tylko grupką znajomych z Internetu. Człowiek zauważa stopniowo, że przychodzi na imprezy nie dla niej samej, tylko dla tych ludzi właśnie.
W dalszych etapach rozmowy przestają być gadką-szmatką o niczym. Zaczynają się rozmowy na tematy poważniejsze. Wreszcie poznajecie siebie do tego stopnia, że wiecie, kiedy drugiej osobie potrzebna jest pomoc, a kiedy nie. Jeśli jest, to wiecie, w jaki sposób jej udzielić. W tym momencie ludzie poznani w sieci stają się kimś więcej niż tylko „jakimiś tam” znajomościami.
Dlatego chciałem podziękować wszystkim ludziom, których poznałem dzięki Altergothikowi oraz na trójmiejskich imprezach. Chciałem podziękować im za to, że nie są anonimowymi nickami błądzącymi w sieci, lecz realnymi ludźmi, na których mogę liczyć. Dziękuję im za zrozumienie, że mam czasami swoje jazdy i nie warto się nimi na dłuższą metę przejmować. Dziękuję im za to, że zaufali mi na tyle, że zwierzają się z własnych problemów; również wtedy, gdy mam swoje własne. Wiedzą bowiem, że to jest dla mnie najlepsze lekarstwo. Dziękuję im, ponieważ dzięki takim ludziom proste słowa pocieszenia typu „czasem musi być gorzej, żeby potem mogło być lepiej” nie są tylko pustym sloganem, ale są szczerym wyrażeniem życzenia, żeby kiedyś, w przyszłości, lepiej mi się powiodło.
Dziękuję Wam za to, ze jesteście.
---------------------------------------------------------------------------------------------
10.03.2010
Coś się rozpada, a ja nawet nie wiem, kiedy i dlaczego się zaczęło. Było dobrze, od dwóch tygodni było bardzo źle, a teraz… niby coś się naprawiło, ale sam nie wiem.
Boję się, że jeśli coś będzie nie tak, to się o tym nie dowiem, a jak się dowiem, to będzie za późno. Boję się, że nie jestem godzien zaufania i tego, że sam nie umiem już nikomu zaufać.
Boję się, że nie mamy o czym rozmawiać. Boję się odezwać, żeby nie zostać źle zrozumianym. Boję się nie odzywać, bo może być jeszcze gorzej.
Boję się, że znowu mogę zostać sam i tego, że może już jestem, tylko jeszcze o tym nie wiem. Boję się, że dramatyzuję i pisząc to, tylko pogarszam sprawę.
Boję się, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle. I tego, że może już jest.
Chcę, żeby było jak dawniej; chcę wszystko naprawić. Tylko że - biorąc pod uwagę powyższe - nie wiem jak.
----------------------------------------------------------------------------------------------
24.02.2010
Po raz pierwszy od kwartału mam doła.
Chciałem napisać sobie ot, krótki, tradycyjny wierszyk na cześć rocznicy istnienia portalu. W tym celu zacząłem przeglądać wątki, rozmowy… i uznałem, że to nie ma sensu. Po co mam pisać jakiś wierszyk, skoro połowa ludzi, których by dotyczył, nie funkcjonuje na portalu, a połowa z obecnych go nie zrozumie? O kim mam pisać, skoro większości z obecnych na forum nie miałem okazji poznać osobiście i cholera wie, kiedy poznam? Poza tym wierszyk wymagałby wiedzy na temat poglądów, zainteresowań itp., a tymczasem dyskusje od jakiegoś czasu u nas prawie nie istnieją. Więc niby jak mam poznać nowych (dla mnie) ludzi? Boli mnie to tym bardziej, że jeśli do rozmowy włączy się Pinhead, to ludzie się dziwnie wyciszają. Jakby nie miał prawa działać jako użytkownik i pisać, co mu leży na sercu.
Załóżmy jednak, że postanowiłem jednak coś napisać. O czym niby mam pisać? O tym, jak żeśmy się żarli regularnie co kwartał? O tym, że grupa założycielska przestała istnieć i pozostały z niej praktycznie cztery osoby? A może napiszę groteskę: cytaty z wątków, na których ¾ postów nie istnieje, bo użytkownicy albo żądali likwidacji kont, albo sami te posty pokasowali? A może o tym, że kultowe portalowe koszulki to melodia przeszłości bo ludziom nie chciało się płacić?
Nie przejmujcie się. Mam ogólnie parszywy tydzień, rzecz, nad którą pracuję od poniedziałku poszła w odstawkę, przez co nawet nie mam się czym na kolegium pochwalić, bliska mi osoba robi sobie jaja i wbija mi szpile, a w dodatku okazało się, że nie będę na urodzinach najlepszej przyjaciółki, bo przez moją własną głupotę pochrzaniły mi się daty i zobowiązałem się do bycia w tym czasie gdzie indziej.
Zdarza się. Nawet mi. Tylko dlaczego wszystko naraz?
------------------------------------------------------------------------------------------
17.02.2010
Użyszkodniczka: Jak to się dzieje, że słysząc nazwę Temple Of Goths dostajemy wielokrotnego orgazmu? Jak to się dzieje, że bierze nas wzruszenie, ze ta żywa legenda, doskonałość wśród imprez, ostoja jedynego słusznego profilu wzbudza w nas zachwyt i przyspiesza bicie serca? I dlaczego nie możemy powstrzymać się przed wymiataniem parkietu podczas niesamowitych rytmów harsh elektro? Dlaczego? Dlatego, że TOG najlepszą imprezą jest! Zapamiętajcie to sobie, bo to ważne: najlepszą imprezą jest! Legendą jest, pierwszą imprezą DI w Trójmieście jest! Bezguścia chodzące, przecież ja Wam to tłumaczę spokojnie, wbijcie to sobie do głowy! Jeszcze raz powtórzę: TOG to najlepsza impreza jest! Kochamy ją, zachwycamy się i obowiązkowo na nią przychodzimy!
Viljar: Ale… kiedy ja się wcale TOG-iem nie zachwycam.
Użyszkodniczka: Viljar chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi!
Viljar: Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca.
Użyszkodniczka: Jak to nie zachwyca Viljara, jeśli tysiąc razy tłumaczyłam Viljarowi, że go zachwyca.
Viljar: A mnie nie zachwyca.
Użyszkodniczka: To prywatna sprawa Viljara. Jak widać, Viljar nie jest obiektywny i nie zna się na muzyce. Innych zachwyca.
Viljar: Ale, słowo honoru, nie tylko mnie nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli opiera się na legendzie, a nie na faktycznej wartości i nikt nie chodzi na to oprócz nas, którzy siedzimy w tym klimacie, a część dlatego, że nie ma wyboru…
Użyszkodniczka: Ciszej na Boga! To dlatego, że niewielu jest ludzi znających się na tym, co dobre.
Viljar: Kiedy znający się na muzyce także nie. Wolą łagodniejsze albo bardziej melodyjne rytmy. Na Electraumę przyjdą, na Dark Entries, ale nie na to.
Użyszkodniczka: Viljar, ja mam faceta! Niech Viljar przynajmniej nad nim się ulituje! Viljar, nie ulega kwestii, że TOG powinien nas zachwycać, bo przecież TOG świetną imprezą jest i legendarną... Może Viljara nie wzrusza Grendel, ale nie powie mi chyba Viljar, że nie przewierca mu duszy na wskroś VNV Nation, Hocico, Combichrist…
Viljar: Nie przewierca, zresztą na innych imprezach też to jest, a nawet o wiele więcej; więc nie wiem, co w tym TOG-u takie wyjątkowe ma być. W dodatku większość się bawi przy innej muzyce. Mało kogo to interesuje, w domu niewielu słucha. Nikt nie może wytrzymać przy tym więcej niż dwa lub trzy utwory. O Boże! Nie mogę...
Użyszkodniczka: Viljar, to jest niedopuszczalne. Temple Of Goths będąc świetną i legendarną imprezą nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca.
Viljar: A ja nie mogę. I nikt nie może! O Boże!
-----------------------------------------------------------------------------------------
07.02.2010
Parę słów o mnie, żeby ktoś sobie przypadkiem nie pomyślał, że mam same zalety.
Jestem ksenofobem. Uważam, że kultura, nazwijmy ją ogólnie, zachodnioeuropejska jest lepsza niż jakakolwiek inna. Co to oznacza w praktyce: że wisi mi, czy osoba, z którą rozmawiam, jest biała, czarna czy różowa, będę kłócić się z każdy, kto stwierdzi, że biały jest lepszy niż czarny. z drugiej strony również będę się kłócił, gdy ktoś powie, że kultura np. japońska jest warta tyle, co zachodnioeuropejska.
Jestem zwolennikiem eugeniki. Nie w sensie przymusowego usuwania ciąż z wadami wrodzonymi. Tacy ludzie nie muszą być przecież „z automatu” nieprzydatni. Ale uważam, że jeśli istnieje możliwość poprawienia kondycji gatunku, to warto z niej skorzystać.
Jestem cholernie nietolerancyjny wobec ludzi niepełnosprawnych umysłowo. Widok osoby z zespołem Downa wzbudza we mnie automatycznie niechęć, a przyjmowanie takich ludzi do pracy uważam za nieporozumienie.
Jestem zwolennikiem kary śmierci. Nie życzę sobie, żeby morderca żył za moje pieniądze. Ani za pieniądze rodzin swoich ofiar. Uważam, że to nieetyczne. Jestem też zwolennikiem radykalnych rozwiązań w kwestiach pedofilów i gwałcicieli. Kastracja. Bez znieczulenia i prawa do leczenia w razie komplikacji. Poza tym co to za porządki, żeby więźniowie tylko sobie siedzieli w celi? Dużo byłoby możliwości przymusowego zatrudnienia.
Aczkolwiek z tym ostatnim to chyba nie jest wredota, tylko poczucie sprawiedliwości.
---------------------------------------------------------------------------------------
21.01.2010
Mówi się, że „Co komu pisane, to go nie ominie”. A ja na to mówię: co komu pisane, to można skreślić i napisać od nowa. Na podstawie osobistych doświadczeń stwierdzam, że przyszłość jest jak (porównanie w moim stylu) sieć torów. Mając określony cel, trzeba umieć skupić się na odpowiednim ustawieniu rozjazdów i robić tak, żeby to ostawienie utrzymać. Czasami coś tam się przestawi nie tak, jak trzeba, ale jeśli skupimy się na celu, to działa. Ja pół żartem mówię, że to Moc jest ze mną, inni – że Viljar zawsze spada na cztery łapy.
Jak to działa w praktyce: oto pod koniec zeszłego roku dowiedziałem się, że przyspieszono mi terminy projektów. Zdaje się, że w ramach zasady, że w czasach kryzysu praca sama w sobie jest nagrodą, a mi się nagroda należy. Do tego podręcznik do wysyłki do ministerstwa edukacji, a mamy opóźnienie. Konieczność znalezienia nowych autorów, a nie wiem, gdzie szukać. Załatwienie umowy dla starych autorów, a zapomniałem wydrukować tego cholerstwa i im zawieźć.
Co się dzieje? Seria przypadków: przyspieszone projekty zostają zmienione tak, że dam sobie radę. Podręcznik zdążyłem dopracować do wysyłki, bo osoby odpowiedzialnej za pocztę nie było w pracy i nikt się nie dowiedział, że mam opóźnienie. Nowi autorzy sami się zgłosili. Co do starych – okazało się, że w ich umowach był błąd i tylko niepotrzebnie straciłbym czas na zawiezienie im tychże umów.
Przypadki? W moim życiu takich przypadków jest tyle, że przestałem wierzyć w przypadki.
----------------------------------------------------------------------------------------
09.01.2010
Czym jest miłość? Niektórzy mówią, że to jakiś wymysł. Inni mówią, że to kwestia hormonów i przemian chemicznych w mózgu. A ja… ja nie wiem. Nie znam definicji, poza tym zawsze byłem kiepski w zapamiętywaniu.
Może to jest wtedy, jak śpisz raptem dwie godziny i budzisz się o pierwszej w nocy, bo wiesz, że jutro Ją zobaczysz. Może to wtedy, gdy w pracy bierzesz się na kilka rzeczy naraz i nie robisz nawet przerw na jedzenie, żeby czas szybciej zleciał, a na każdy sygnał z telefonu rzucasz wszystko, żeby sprawdzić, czy to może wiadomość od Niej. Może to wtedy, gdy jesteście na filmie a ty zamiast patrzeć w ekran, patrzysz na Nią. Może to wtedy, gdy budzisz się w środku nocy skostniały z zimna, bo Ona owinęła się kołdrą i prześcieradłem nie pozostawiając Ci nawet poduszki, a ty śmiejesz się jak głupi do telefonu. A może wtedy, gdy patrzycie w sufit i rozmawiacie o tym, co Was cieszy, smuci, martwi…
A może to wtedy, gdy odprowadzisz Ją na dworzec i wracasz do domu, który bez Niej jest pusty i zimny…
---------------------------------------------------------------------------------------
01.01.2010
Jak to było na Sylwka.
20.47. Wysiadamy na stacji i idziemy na stację.
21.00. Wchodzimy do klubu. Zamawiam pierwszego i ostatniego drinka.
21.30. Wchodzi reszta sajberów. Uznają, że jestem jakiś pijany albo naćpany, bo mi się oczy świecą. Mam swoje powody a co!
21.30-23.00. Robimy sobie lansiarskie zdjęcia. Ludzie uznają, że zajebiście wyglądam w koszulce VNV i maseczce lekarskiej.
23.00-23.58. Trzodzimy na parkiecie. Widoczne są dwie zmiany - kiedy leci DM, my siadamy, kiedy leci coś innego - depesze siadają. Exadar łapie mnie za tyłek. Mam nadzieję, że przypadkiem 
23.59. Wychodzimy na zewnątrz. Jest stopień poniżej zera, ale że jam gorący chłopak to wychodzę bez niczego poza podkoszulkiem (bez niczego w sensie powyżej pasa).
0.00. NOWY ROK!!! Składamy sobie życzenia, wznosimy toasty czym kto ma: szampanem, piwem, colą, drinkami, denaturatem. Wysyłam pierwszego sms-a (wiadomo do kogo), dostaję pierwszego sms-a (wiadomo, od kogo). Robię pierwsze zdjęcia, w tym całej naszej kochanej ekipy cyberskiej. Fajnie, że się grupa tak scaliła.
0.10-3.50. Zabawa trwa. Widoczne są pierwsze zgony. Depesze chcą depeszów i narzekają na pedalską imprezę i pedalskich organizatorów tudzież pedalskich gości. Viljar głośno krzyczy "Pierdolić depeszów!". Cóż, czasem trzeba się opowiedzieć po jakiejś stronie. Najlepiej tej właściwej. Ludzie zaczynają się rozchodzić. Na nas też czas.
3.50-4.40. Zbieramy się do wyjścia. Zastanawiamy się nad afterem, ale że towarzystwo nie dopisało, to poszliśmy do domów, a właściwie na kolejkę.
4.50. Widzimy kolejkę, która odjechała 4.52 z Wrzeszcza, a Viljar myślał, że jest 4.57. Oj. Dostaję kopa w tyłek (dosłownie). Decydujemy się iść z buta do Oliwy.
6.13. Wsadzam kumpelę do kolejki i idę do domu.
6.30. Opisuję krótko wrażenia i idę spać.
Jaka zabawa sylwestrowa, taki cały rok, a więc: godne towarzystwo, dobre samopoczucie i duuużo pieszych wycieczek 
---------------------------------------------------------------------------------------
Jak to mówią, najtrudniej jest pierwszy krok uczynić, ale jako że mamy koniec roku, to temat do napisania sam się znajdzie.
PODSUMOWANIE ROKU 2009:
Dom. Mieszkam, gdzie mieszkałem, ale mam o wieeele lepszego sąsiada. Rosjanin, który czasem dzieli się z resztą domowników wódą. No i przede wszystkim - jestem już oficjalnie na papierze Gdańszczaninem!
Praca. Hmm... z jednej strony masa projektów, z których żaden nie był na tyle znaczący, żebym mógł zapracować sobie na podwyżkę, ale jednocześnie w przyszłym roku zaczynam nowy projekt, z którym podwyżka, jak mnie zapewniono, na sto procent będzie związana. No i przetrwałem kryzys bez strat na pensji i premii, a to już coś. I stan konta trochę urósł... I premia będzie... No i cenią mnie tam mimo wszystko i wiem, że pracę na parę najbliższych lat mam pewną. A jako że bez pracy nie ma pieniędzy, a bez nich domu, jedzenia i innych... to co, narzekać mam?
Życie towarzyskie. Z pewnymi osobami się pożarłem, z innymi poznałem, z innymi miałem przejściowe problemy, ale udało się dogadać. Ogólnie pozwolę sobie powiedzieć, że jest znakomicie, bo mimo przejściowych trudności i sporów udało się jednak zakończyć rok ze znacznie większym gronem znajomych niż miałem rok temu; lepiej ich też znam i są mi również znacznie bliżsi niż przed rokiem.
Rodzina. Nie mam z nią kontaktu w ogóle od pół roku i madafaka.
Najważniejsze zostawiłem na koniec...
Myślałem, że skończy się jak zwykle czyli że Nowy Rok będę witał sam. Cóż, będę, ale to dlatego, że... Ona nie lubi imprez hucznych. Ale pojawiła się. Jest ze mną, cały czas, nawet teraz, gdy ja jestem na Oliwie, a ona w Nowym Dworze Gdańskim, to słyszę jej głos i czuję jej dotyk...
Ogólnie - rok był po prostu zajebisty!!! A przyszły zapowiada się wręcz pięknie. |